filmy włoskie

Making life beautiful. Film, do którego wracam

To pewna historia, ale trudna do opowiedzenia. Jak baśń jest trochę smutna, ale też dużo w niej radości. 

Absolutny szlagier wśród filmów włoskich. Piękne zdjęcia, świetna muzyka, przy której czuć klimat lat 30′ XX wieku. Urok toskańskich miasteczek, z Arezzo na czele, codzienne słodkie i niezbyt pospieszne życie. Buongiorno principessa! którym swego czasu i ja byłam witana orzez mojego polskiego jeszcze wtedy nie-męża ;) Sielankowe włoskie życie, cudowne rodzinne relacje, świetny kontakt ojca i synka. Codzienne dolce vita, do czasu, niestety. O fabule nie wspominam, bo jestem pewna, że widzieliście ten film.
Dla odświeżenia pamięci wklejam Wam króciutki zwiastun.

Dodam tylko, że dużo mi dało zrozumienie, że akcja filmu toczy się z punktu widzenia małego Giosue, stąd może wydawać się nieco odrealniona, z początku bajkowa. Film zaczyna się z resztą od słów: 


To pewna historia, ale trudna do opowiedzenia. Jak baśń jest trochę smutna, ale też dużo w niej radości. 


Kończy zaś w sposób, który uzmysławia, że przez cały film narratorem było dziecko:


Oto moja historia. Historia poświęcenia mojego ojca. Jego dar dla mnie


Czemu do niego wracam? Bo o okrutnych rzeczach mówi prawdziwie, nie słodzi, nie przeraża, każde działać! Osobiście jednak bardziej odpowiada mi angielskie tłumaczenie tytułu Making life beautiful. Samo życie piękne nie jest, więc uczyń je takim. Dla siebie, dla swoich dzieci, dla innych. Działaj! To, co ci się przytrafia to 10% twojego życia, a całe 90% – jak na to reagujesz.  Zrób wszystko, by życie było piękne, na przekór przeciwnościom. Jakie by nie były okrutne. Czasem dopiero cierpienie wyzwala te pokłady, których w zwykłych okolicznościach po sobie się nie spodziewamy. Przekładamy wtedy dobro wyższe nad swoim zadowoleniem. Po wszystkim okazuje się, że często był to najbardziej wartościowy czas w naszym życiu

Głęboko w pamięci wciąż mam też reakcję Benigniego po otrzymaniu Oscara z 1999 r. Kocham tego człowieka za tę DZIKĄ RADOŚĆ i za te emocje właśnie! Warto to sobie przypomnieć

Na sam koniec zwierzę Wam się tylko, że odkąd jestem mamą (przeuroczej dwójki, w tym całkiem już rozumnego chłopca) wracanie do tego filmu staje się rzeczywiście trudne (mimo to warto). I coraz bardziej poruszające.

Ok, a teraz idę poczytać Wasze typy!