TOP GUN a prawdziwe pilotowanie, czyli jak to się zaczęło.

Trzy decydujące wydarzenia, dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Miałam szczęście być wszędzie tam, gdzie byłam. I dzięki którym wielokrotnie, jako pilot, po prostu przeżyłam.


Człowiek to dziwna istota. Zapytany, “co u ciebie” nie wie, co powiedzieć albo zaczyna narzekać. Zapytany “co dobrego u ciebie” wpada w głęboką konsternację. Zwykle przecież nie myśli o dobrych rzeczach. A zapytaj go o dobre wspomnienia z przeszłości. Mnie zapytała Gosia! Pytanie zadać łatwo, odpowiedzieć niemożliwe, gdy z myśli biała plama. A jednak! Trochę wysiłku, potem człowiek w dobrych wspomnieniach nie może się już zatrzymać. Gdybym ja miała wymienić trzy przełomowe wydarzenia w życiu to voila! Niecodzienny ślub i dwa szalone porody. A potem pamięć tonie, bo tyle się dzieje.

Jednak zanim to nastąpiło, życie nauczyło mnie dużo więcej. Wepchnęło do głębokiej wody, by potem wyrzucić na brzeg. Nie… nie rajskiej wyspy. Bardziej na obrzeża dżungli. Miejsce, w którym WSZYSTKO zdarzyć się może. Te trzy momenty: jeden dzień, jeden wieczór i jedna noc. Każde w innym miejscu i czasie. Na zawsze zmieniły mój stosunek do życia.


Nic samo się nie zdarza


Toruń. Urząd Marszałkowski.
Siedzę na wielkiej i dusznej sali, słońce daje mi po oczach, trudno się skupić. Zwłaszcza przy takich pytaniach. Przede mną biała kartka, w mojej głowie czarna pustka. Zamiast myśleć nad odpowiedziami, przed oczami stają mi liczne twarze osób, zawiedzionych moją nieuchronną porażką. Wierzą we mnie, przynajmniej połowa Torunia i tyle samo Bydgoszczy.
Widzę też swoją twarz. Patrzę w lustro z przekąsem i wyrzucam sobie, że jak zwykle wyrwałam się na pierwszy ogień. Trzeba było się wstrzymać, schować się w kącie, przeczekać pierwsze egzaminy, wybadać komisję…
.
Gdyby to był jakiś byle egzamin. Na studentce trzeciego roku nie robią już wrażenia. Ale to był TEN egzamin, który miał otworzyć mi drzwi na świat! Sporo przeszłam, by tu dotrzeć. Taki kurs na przykład, ze słynnymi zajęciami o sytuacjach nieprzewidzianych w pilotażu, czyli wszystko to, co, jak wierzysz, nigdy nie wydarzy się na twojej wycieczce (epidemie, trzęsienia ziemi, wypadki, szpitale, zagubienia ect.), a po których 80% osób zgodnie przyznaje, że pomyliło kursy.

Czas mija, a ja się pogrążam. Nie wiem, ile minęło minut, pięć… osiem? Żeby zdać, cała komisja musi dać mi punkty za każdą odpowiedź. Jedno poślizgnięcie i punktów nie ma. Na kolejny egzamin każą czekać pół roku, więc sezon wyjazdowy w plecy. Jeśli zdam, oczywiście. I jeśli, jak połowa niedoszłych pilotów, nie odłożę egzaminu na-wieczne-później.

A więc do dzieła. Coś przecież muszę wiedzieć. Zresztą, czy pilot to tylko chodząca encyklopedia czy ktoś, kto radzi sobie w każdej sytuacji, niezależnie od tego, czy pamięta dziwne nazwisko czy skomplikowaną datę. Ci z komisji znają się na pilotażu, wiedzą, że pilot wybrnąć musi. Byle wiarygodnie!

Tymczasem kolega kończy egzamin. Zaraz moja kolej.
Niespodziewanie jedna klapka z głośnym hukiem otwiera mi się w mózgu… Bingo!
.
Czytam jeszcze raz. I jeszcze. Wysilam wszystkie komórki, wyciągam z myśli każdy trop, sklejam skrawki w zgrabną całość. Któż się bardziej nadaje do tego zawodu? Kiedy będę lepiej przygotowana niż teraz? Znam siebie, więc pewnie nigdy. Nie mam innej opcji. Muszę zdać i tyle.

.
I nagle to zrozumiałam. Życie tylko odrobinę zależy od tego, co mnie spotyka. Ogromna większość zależy od tego, jak na to zareaguję. Powiedziałabym, sens pracy pilota! Tu nic samo się nie dzieje. Powiem więcej, rzadko istnieją okoliczności sprzyjające, więc jeśli ich brakuje, muszę stworzyć je sama. Ba, nawet jeśli zaistnieją, osobiście muszę zrobić z nich użytek. Tylko tu i teraz. Za pięć minut będzie już za późno.
.
Ta sytuacja, a w jej wyniku całe morze kolejnych, nauczyła mnie, że:
Jeśli chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, zawsze znajdziesz powód. 


Niemożliwe nie istnieje


Italia. Dwa miesiące później.
Hotelowy pokój. Noc czarna, mimo że lipcowa. Za sobą mam 33 godziny nieprzerwanej podróży. Z Polski aż pod sam Rzym. W czasie tej przebojowej jazdy, każda spośród pięćdziesięciu osób ma inne wyobrażenie, że o oczekiwaniach nie wspomnę. Ten chce siku, drugi spać, trzeci kawy, czwarty ma migrenę a piąty mdłości. Cierpliwości… Starcza mi jej, bo musi. Marzę (jak każdy) o hotelu, o swoim ciasnym, własnym pokoju. Że zamknę drzwi i pozwolę spłynąć emocjom. 33 godziny wytężonej uwagi daje po garach.
Ale póki jeszcze jest dobrze. Będzie dobrze. Jeszcze godzina jazdy i na dzisiaj koniec.

Nagle dzwoni telefon. Biuro na chwilę przed kwaterowaniem zmienia hotel. Szok…! W co ja się, do jasnej cholery, wpakowałam? Kto tak traktuje klientów, że o pilocie nie wspomnę…?

W ostatniej chwili na nowo rozplanowuję pokoje. Trudna to rzecz, bo każdy ma inne ustalenia, ten widok na basen, a ten na morze, ten takie łóżko, a ten siaki taras. Mam na to 15 minut. Gdybym chociaż wiedziała, że to i tak na marne.

Uff… dojechaliśmy! Chwała niebiosom. Teraz szał ciał, tysiąc pytań, kwaterowanie, a potem obiadokolacja i planowanie jutra. A jutro… Jutro będzie piękny dzień.

O, naiwna ja.

W recepcji hotelu okazuje się, że z mojego planowania nici. Wszystkie pokoje wzięte z kosmosu, nic się nie zgadza. Kwateruję ludzi na miarę (kiepskich) warunków, tłumaczę w miarę cierpliwości (nas wszystkich). Brak basenu, brak widoku na morze, brak widoków na cokolwiek, że o perspektywie udanego wyjazdu nie wspomnę. Chociaż nie. Basen jest, a jakże, 2×2 m. Ale bez wody. No i na dachu..
.
Po 34 godzinach męczącej jazdy nic nie ma szansy się podobać poza świeżo posłanym łóżkiem. Zanim jednak dotrę do swojego, przez kolejne dwie godziny uspokajam grupę, robię roszady, kto, gdzie, jak i z kim. Obiecuję, że następnego dnia wszystko wróci do normy. Muszę być bardzo przekonywująca, bo w końcu, po prawie 38 h od wyruszenia w podróż, wszyscy kończymy dzień (a w sumie dwa ostatnie dni) pozornie uspokojeni.
.
Siedzę więc na tym łóżku, nareszcie w swoim pokoju. Cisza wręcz wymarzona! Choć w takich okolicznościach spokój to heroizm. Ten jest typowy, przed burzowy. Przed huraganowy. A jutro ten tajfun urwie mi głowę.

Zazdroszczę im wszystkim. Każdy ma tu kogoś do pary. We dwoje zdecydowanie łatwiej. Jest się na kogo wkurzyć, na kim wypłakać, kogo poradzić. Nawet kierowcom dziś zazdroszczę. Zrobią co trzeba i idą spać. I jest ich dwóch, w takich chwilach to wybawienie.
.
I nagle do mnie dotarło. Że pilotaż wycieczek to robota dla samotników. Punkt ósmy mojej listy wziął się z tej nocy. Nikt za mnie nic nie zrobi, nie wyręczy, pomóc może, nie musi. Jak idzie super, zbierasz owacje, jak wszystko się wali, bywasz jak worek treningowy. Taki z twardą skórę, odpornością na uderzenia, po których żyjesz jakbyś nigdy nie oberwał.
.
Wiele podróży później zrozumiem, że:
Człowiek wrzucony na głęboką wodę, uczy się pływać.

.
Pływać. Inaczej utonie.

Ta czarna noc nauczyła mnie, że strefa komfortu nie istnieje. Gdy ją porzucam, stawiam czoła temu, co niemożliwe. Mam odwagę się z tym zmierzyć, siłę, by rozbić to na małe cząsteczki i wyobraźnię, która kawałek po kawałku nokautuje strach.
.
Uczę się, że to, co mnie nie zabiło, naprawdę może mnie wzmocnić.
.
Z ludźmi z tego wyjazdu mam kontakt do dziś. Nie wiedzą, że zaistnieli w tej opowieści. Nie wiedzieli też, że to była moja pierwsza, najbardziej hartująca wyprawa pilocka.


Co jest lepsze od realizowania marzeń?
Spełnianie cudzych.


Rzym. Wrześniowy wieczór. Kilka lat później. Spacerujemy w kierunku Fontanny di Trevi. Grupę mam niestandardową, bo na sześćdziesiąt osób przynajmniej połowa z niepełnosprawnością. Kilka osób na wózku, kilka o kulach. Dla jednych to pierwsza podróż, dla kogoś być może ostatnia, dla sporej większości jedyna.

Dla wszystkich jednak podróż życia.
.
Sporo zwiedzamy, jak na nasze warunki. Spektakularne zabytki nie robią na moich podopiecznych takiego wrażenia, jakie zwykle widzę w “normalnych” grupach. Reakcje są wyjątkowo nieadekwatne. Znudzenie lub wręcz przeciwnie, rozproszenie, bo tyle wrażeń. To trochę tak, jak gdyby małe dziecko wprowadzić do wielkiego sklepu z zabawkami. Daję głowę, że zainteresuje się dwoma regałami na raz, spodoba mu się absolutnie wszystko i nie uda mu się wybrać z tej dżungli nic ciekawego. Bo przecież wszystko ciekawe!

Moja grupa była jak te dzieci. Ludzie, którym trzeba pomóc, ograniczając informacje do minimum, więcej pokazując niż mówiąc, zaznaczać co ważne. Unikać chaosu. Kto był w Rzymie wie, że to misja niemal niemożliwa.
.
I tak przed nami Fontanna di Trevi nocą. Taka niespodzianka, na sam koniec podróży. Dla mnie najbardziej nielubiany rzymski plac. Kto czytał wpis o kradzieżach wie, dlaczego. Tego wieczoru dopadło mnie zmęczenie, i marzenie, żeby choć raz się wyspać! Ostatnie na co miałam ochotę to udawane zachwyty nad fontanną. I tłumy turystów. Z aparatami, z lodami i z pieniążkami. Które trzeba przecież wrzucić, przez lewe ramię!
.
Jak mantrę powtarzam sobie: jesteś w pracy, a oni idą po marzenia, twoim zadaniem jest je spełnić. Pomaga. No jasne, snu mi się zachciało, a tu ważna misja! Zmieniam kierunek. Dla spotęgowania efektu, przeciwnie do wszystkich grup, idziemy niecodzienną trasą. Zachodzimy fontannę od tyłu, żeby wyjść jakby zza niej, a nie jak większość turystów główną ulicą prosto na plac. Wtedy iluminację fontanny widać już z daleka. A tak, my mamy podwójne wrażenie! Kto widział di Trevi nocą ten wie, jak spektakularny to efekt! Nas zaskakuje ten widok nagle, niespodziewanie… I nim jeszcze zaczynam cokolwiek mówić, z ust całej sześćdziesiątki wyrywają się okrzyki… Zachwytu!

di trevi
Niektórzy mają łzy w oczach, inni łkają już na całego.

Zaniemówiłam. Czy oni na pewno widzą to samo, co i ja? Nie wierzę w to, co widzę. Jeszcze nigdy żadna grupa nie zareagowała choćby w połowie tak entuzjastycznie. A tu proszę. Żadnych aparatów. Tylko oczy wielkie, źrenice rozszerzone, szczęście na twarzy, zachwyty na ustach. No jasne, są przecież w sercu świata! W miejscu, które znają tylko z ekranów. To ich czas, ich podróż marzeń.

To miejsce nigdy nie znaczyło dla mnie więcej. I to nie dlatego, że wyściskano mnie za wszystkie czasy. Że dziękowali mi przynajmniej tak, jakbym sama stworzyła to rzymskie cudo.
.
Cudownie mieć taką świeżość spojrzenia. Przenikliwą i bardzo zaraźliwą. Takiej mnie wtedy nauczyli. Ci niezwykli ludzie uświadomili mi także to, że dobry pilot musi patrzeć okiem profesjonalisty i amatora jednocześnie. Amator od amare. Kochać to, co się robi. Jeśli chcę zrozumieć innych, muszę spojrzeć na świat ich oczami. Mnie się wtedy udało. Płakałam razem z nimi.
.
Tego wieczoru zrozumiałam, na czym polega prawdziwa misja tego zawodu:
Nie ma nic przyjemniejszego niż patrzenie, jak ktoś spełnia swoje marzenia.

I bycie tego częścią.

.


Więcej w Historie pilockie, Życie pilota wycieczek
cechy pilota
Jak rozstawać się z dzieckiem w podróży?

Pilotem się zostaje zanim ma się dzieci, lub gdy już się ma wnuki. Ponieważ jestem jednym z nielicznych przedstawicieli pilotów...

Zamknij